Już samo mianowanie przez PiS skazanego na trzy lata Kamińskiego ministrem ds. służb specjalnych było policzkiem dla poczucia przyzwoitości i okazaniem całkowitego braku szacunku dla władzy sądowniczej.

Powyborcza presja PiS na sądy w tej jednej sprawie jest bez precedensu. Przed otwartym atakiem na sędziego nie powstrzymał się nawet Zbigniew Ziobro, obejmując Ministerstwo Sprawiedliwości, które sprawuje nadzór nad sądami. To już nie był nacisk. To było zastraszanie.

Prezydent Duda poszedł jeszcze dalej - anarchicznym gestem wyeliminował w ogóle sąd z procesu wymierzania sprawiedliwości i ułaskawił Kamińskiego. Decyzja została podjęta pokątnie, bez konsultacji z prokuraturą. Nie podpisał się pod nią żaden prawnik.

Nie wiadomo, czy decyzję poprzedził wniosek Kamińskiego o ułaskawienie. Jeżeli nie, jest to kolejne złamanie procedur. Jeśli wniosek był, to znaczy, że Kamiński umówił się z prezydentem, że zastosuje prawo łaski. Głowa państwa popadła przy tym w absurd, gdyż ułaskawić można jedynie osobę winną, co oznacza, że pisowski prezydent mimowolnie uznał Kamińskiego za winnego, mimo że PiS jak jeden mąż głosił, że Kamiński jest niewinnym herosem walki z korupcją.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej