To widoczne gołym okiem przygaśnięcie smoleńskich nastrojów. Do tej pory ludzie przychodzący na te comiesięczne marsze byli niezwykle rozgorączkowani, rozemocjonowani, podekscytowani. Przychodzili pod Pałac nie tyle pokazać, że są za czymś, ile przeciwko czemuś i komuś. Czuli się przez ówczesną władzę dyskryminowani, choćby odrzuceniem ich spiskowej wizji dziejów w ogóle, a w sprawie Smoleńska w szczególności. I im silniejsze poczucie bycia odrzuconym przez elity, tym większa skłonność do radykalnych działań i konfrontacyjnych haseł.

Po raz pierwszy uczestniczący w smoleńskiej miesięcznicy nie byli w kontrze do obozu władzy - wierzą, że tak jak oni myślą teraz przecież i prezydent, i prezes PiS, i większość Sejmu oraz Senatu.

Żeby nie było wątpliwości, oni nadal wierzą w zamach smoleński i spisek mający na celu ukrycie zamachowców. Ale widzą, że ci, którzy ich zdaniem dokonali tego zamachu, przegrali wybory, stracili władzę, czyli w pewnym sensie zostali choćby symbolicznie ukarani.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej