Nie rozumiem, dlaczego eksperci PiS od polityki międzynarodowej są tacy niecierpliwi. Pół roku temu Krzysztof Szczerski zaczął, nie będąc jeszcze ministrem, od stawiania w prasie Niemcom warunków, jakie muszą spełnić, by stosunki z Warszawą były dobre. A wczoraj kandydat na szefa MSZ Witold Waszczykowski zapowiedział w TVN 24 sądową batalię z Rosją za przeciąganie śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej i za odmowę oddania Polsce wraku prezydenckiego tupolewa.

Tak jakby był to główny problem polskiej dyplomacji. Jakby przez Europę nie przechodziły dziesiątki tysięcy uchodźców, jakby rozejm na wschodniej Ukrainie nie był kruchy. Oczywiście przyszły minister o tym wszystkim również mówił, ale smoleński wątek wszystko przykrył. Waszczykowski jest w polityce zbyt długo, by tego nie przewidzieć.

Znowu wyszła na jaw inna przypadłość polityków PiS: mówiąc o polityce międzynarodowej, nie potrafią zerwać z wiecową retoryką. Hasło rozprawy z Rosją, tak jak jego uwagi o błędach Angeli Merkel, na pewno spodobały się wyborcom partii pana ministra Waszczykowskiego, ale przecież nie tylko oni słuchali jego słów. W efekcie przez ambasady do światowych stolic popłynął sygnał, że nowy polski rząd jeszcze nie powstał, a już szykuje się do awantury z Rosją.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej