To nie znaczy, że wynik musi być dobry. Ale zależy on od nas. Na tym polega wielka obietnica demokracji. I to w Polsce działa.

Była to dobra kampania także w takim sensie, że dzięki niej zobaczyliśmy, jakie po ćwierćwieczu wolności mamy w Polsce problemy. Z większości tych, które zawyły, zdawaliśmy sobie sprawę, ale nie docenialiśmy ich powagi. Zwłaszcza nie docenialiśmy problemu jakości klasy politycznej, deficytu postaw obywatelskich i poczucia niesprawiedliwości.

Przez ćwierć wieku, zwłaszcza przez dziesięć lat obecności w Unii, odnieśliśmy sukces, poprawiając życie większości z nas. Gorzej jest z tym, co między nami. W dziedzinach, które powinny nas łączyć dla wspólnego dobra, widać niebezpieczny regres.

Jakość wyboru odzwierciedla ten problem. Będziemy go komentowali, gdy poznamy podział miejsc w Sejmie. Ale widać, że elity polityczne mają problem z przystosowaniem się do demokracji. Zwłaszcza partie, którymi - jak w systemie sowieckim - rządzą wodzowie-celebryci lub bezosobowy aparat. W obu przypadkach politycy interesują się przede wszystkim sobą - nie nami i krajem. W walce o władzę chodzi przede wszystkim o to, "kto" będzie rządził, a nie - "jak". Motywem jest głównie byt polityków i ich klienteli zależnej od posad i przysług w urzędach, mediach, biznesie. Jaka jest alternatywa, pokazała Partia Razem - jedyna bez wodza i aparatu, która tworzy program i infrastrukturę, a naturalni liderzy - podobnie jak w USA - wyłaniają się spontanicznie w trakcie kampanii wyborczej.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej