To bardzo niepokoi. Bo notowania gospodarza Kremla, przez 16 lat jego władzy zawsze znakomite, mają jednak przebieg sinusoidy, a nic tak nie wynosi ich na szczyty jak kolejne wojny. 2008 r. - czas wojny z Gruzją - dał mu 88-procentowe poparcie, a 2014 r. - aneksja Krymu i udział w konflikcie na Ukrainie - 86-procentowe.

Mamy do czynienia z nienową, a przy tym bardzo złą tradycją. Jeszcze w 1904 r. minister spraw wewnętrznych Rosji Wiaczesław Plehwe radował się perspektywą zbliżającego się konfliktu z Japonią.
Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej