Nic prostszego, jak wynająć "wielkich aktorów i wielkich, znanych w świecie reżyserów", żeby zrobili film pod dyktando PiS. Ciekawe, kto dałby się skusić. Clint Eastwood? Paul Thomas Anderson? David Fincher? Steven Spielberg? Za tym chwytliwym i, zdawałoby się, niewinnie brzmiącym pomysłem prezesa partii kryją się mętne założenia.

Po pierwsze - że wielkość da się kupić i "zorganizować". Po drugie - że historia zaczyna się dziś i dopiero my raz na zawsze pokażemy, jak było naprawdę.
Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej