Przeciwko ograniczeniu debaty przedwyborczej do Szydło i Kopacz protestują już nawet feministki, którym w kleszczach dwóch premierek ziściło się marzenie w postaci najczarniejszego snu.

Debata nazywać się ma - nie wiadomo dlaczego - "Beata Szydło - Ewa Kopacz", gdzie obie rozmówczynie zostały ustawione w zupełnie odwrotnej kolejności do pełnionych funkcji. Ciekawe, czy ktoś w Ameryce zaproponowałby rozmowę "Hillary Clinton - Barack Obama". Chociaż to byłoby przynajmniej alfabetycznie, bo u nas nawet tego nie ma.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej