Liczba napływających Syryjczyków, jeśli oceniać ją obiektywnie, jest bardzo odległa od "przepełnienia" Unii, czyli poziomu, przy którym kraje UE nie potrafiłyby ich przyjąć bez nadzwyczajnych zaburzeń na rynku pracy czy obaw o swą tożsamość. Mimo to nawet w Niemczech promowana przez kanclerz Angelę Merkel otwartość na uchodźców przysparza coraz więcej politycznych problemów - także w ramach jej rządu.

Dlatego Unia zabiega, by Turcja zaczęła powstrzymywać uchodźców z Syrii przed wyprawą na bogatą Północ. Chodzi o zwalczanie przemytników ludzi na szlakach morskich do Grecji i o skłonienie uchodźców z Syrii mieszkających w Turcji do porzucenia planów przeprowadzki. Wielu Europejczyków byłoby skłonnych przyklasnąć nawet internowaniu nielegalnych imigrantów w Turcji, ale Ankara nie jest gotowa tak bardzo psuć swej opinii wśród muzułmanów.

Syryjczyków miałoby zatrzymać w Turcji m.in. dopuszczenie ich do legalnej pracy. Kłopot w tym, że Turcy w zamian za współpracę z UE domagają się nie tylko pieniędzy czy ułatwień wizowych, ale także ustępstw politycznych. I je dostają.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej