Na ulicach widać rządowe bilboardy z hasłem "Naród węgierski zdecydował, by bronić swoich granic".

A przecież żadnych uchodźców już od dawna na Węgrzech nie ma. Albo sami uciekli do Niemiec przez Austrię, albo za chwilę ich tam dowiozą rządowe autobusy, które codziennie transportują kilka tysięcy uchodźców przedostających się przez granicę z Chorwacją. Wszystko jest od dawna świetnie zorganizowane przy udziale Budapesztu.

O co więc chodzi? O to, co zawsze - o wymyślenie publicznego wroga. Tę metodę pozyskiwania poparcia od lat stosuje rządzący Fidesz. Gdy słupki w sondażach zaczynają spadać, rząd Orbána umiejętnie szczuje opinię publiczną przeciw rozmaitym wrogom. W tej roli występowali już bezdomni, o których premier mówił, że są "zagrożeniem dla narodu", czy ludzie zażywający narkotyki (obowiązkowe testy miały być przeprowadzane w szkołach, na uczelniach i w redakcjach wśród dziennikarzy).
Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej