Świetnie. Tylko o który nurt polskiej tradycji chodzi? Przecież każdy naród i każda kultura ma wiele odgałęzień i równoległych strumieni często pozostających ze sobą w sporze. Dobrze by było wiedzieć, w którym korycie popłyniemy, jeśli na przykład PiS wygra wybory.

Na szczęście nie jesteśmy skazani na spekulacje i domysły, bo inne słowa Prezesa Tysiąclecia przynoszą dość jasną odpowiedź na to pytanie.

Przede wszystkim chodzi o tradycję symbiozy państwa i Kościoła. "Czy wiedzą państwo, jak zaczynają się obrady Izby Gmin? W Anglii, kraju właściwie całkowicie zlaicyzowanym?" - pytał Kaczyński w tym tygodniu wyborców. I sam zaraz udzielał odpowiedzi: "Zaczynają się od modlitwy. Nie wiem, ilu spośród przeszło 600 posłanek i posłów do Izby Gmin to osoby wierzące. Ale jest tradycja".

Jeśli dorzucimy do tego coroczne występy Prezesa na murach Częstochowy podczas radiomaryjnych pielgrzymek i nieoficjalne doniesienia o PiS-owskich planach nadania religii statusu przedmiotu maturalnego, mamy dość klarowną odpowiedź, o jaką tradycję chodzi. Na pewno nie jest to antyklerykalna tradycja polskiego oświecenia ani prądów socjalistycznych i liberalnych w XIX i XX w. Temu nurtowi polskiej tradycji, który promuje Jarosław Kaczyński, nie patronują ani reformatorzy epoki Sejmu Czteroletniego, ani Józef Piłsudski.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej