Pisarkę natychmiast zaatakowały prawicowe portale, oskarżając o zdradę narodową, strasząc sądem za szkalowanie Polaków i radząc wyprowadzkę z kraju. Fala nienawiści szybko przeniosła się na Facebook - na profil Tokarczuk. Wśród tysięcy komentarzy były wulgarne obelgi, a także groźby: "zabijemy cię". Właściciel kantoru w Nowej Rudzie wymienił nazwę wsi, w której mieszka pisarka, i zaproponował, żeby się tam wybrać.

Fali hejtu w sieci nie da się zatrzymać. Ale to nie znaczy, że hejter jest bezkarny, można go ścigać za naruszenie dóbr osobistych albo - z kodeksu karnego - jeśli w grę wchodzą groźby. Pisarka przekazała pełnomocnictwo kancelarii, która od wtorku kieruje do administratorów portali wnioski o usunięcie obelżywych wpisów, a z częścią ich autorów prawnicy spotkają się w sądzie.

Jestem przekonana, że cytowana wypowiedź jeszcze rok temu nie spotkałaby się z tak intensywną i agresywną reakcją. Atak na Tokarczuk niebezpiecznie rymuje się z atmosferą w sieci, jaka w mgnieniu oka powstaje wokół każdej wzmianki o uchodźcach. Gorzej, że w przedwyborczej histerii podsycanej przez prawicowych polityków - straszących zarazą, jaką mają przynieść do Polski uchodźcy i nawołujących do zwierania szyków w obronie "narodowych wartości" - głos nienawistników pleni się z coraz większą siłą. Nie tylko w internecie - przyjazd na marsz "w obronie niepodległej Polski" 11 listopada do Wrocławia zapowiada 10 tys. skrajnych nacjonalistów.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej