Przypominamy to "nic": niezwłocznie po katastrofie prezydenckiego tupolewa 10 kwietnia 2010 r. na miejscu tragedii zjawili się polscy prokuratorzy, eksperci od wypadków lotniczych oraz służby specjalne. Prace rozpoczęła rządowa komisja przy MSWiA oraz prokuratury wojskowa i cywilna.

Prowadząca trwające do dzisiaj śledztwo prokuratura wojskowa zgromadziła 685 tomów akt, przesłuchała 1250 świadków, zleciła 16 ekspertyz (w ich ramach zbadanych zostało m.in. 700 szczątków samolotu), złożyła 36 wniosków o międzynarodową pomoc prawną, przeprowadziła dziewięć ekshumacji.

Postępowanie stale prowadzi pięciu śledczych, a początkowo zaangażowanych w nie było od kilkunastu do 70 prokuratorów. Prace prowadzone były w Polsce i w Rosji, na miejscu katastrofy. Śledztwo kosztowało już ponad 7 mln zł.

W osobnym postępowaniu postawiono zarzuty dwóm rosyjskim kontrolerom - za to, że nie zamknęli lotniska mimo braku warunków do lądowania.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej