Rosyjski MSZ potępił atak i wezwał społeczność międzynarodową, w tym "aktorów regionalnych", by nie tylko uczyniła to samo, ale by podjęła konkretne działania wobec "zewnętrznych sponsorów" takich "aktów terroru".

Nie wiadomo, która z grup walczących z reżimem Baszara al-Asada dokonała ostrzału. Ale z punktu widzenia Rosji i tak wszystko jedno: "konkretne działania" oznaczać by musiały utworzenie "szerokiej koalicji antyterrorystycznej" z udziałem Asada, Iranu, Rosji - i tych grup zbrojnych oraz państw, które zgodziłyby się mieć takich sojuszników. Pozostałe walczące w Syrii strony, od Państwa Islamskiego (PI) poczynając, stałyby się automatycznie jej wrogiem. Walka z PI za cenę poparcia Asada. Transakcja wiązana.

Amerykanie, główni przeciwnicy kalifatu, znaleźli się w pułapce. Do tej pory z pewnym lekceważeniem proponowali Moskwie przyłączenie się do antykalifatowej koalicji 60 państw pod ich przywództwem, która Asada ignorowała w terenie, a politycznie dążyła do jego obalenia. Ale amerykańska koalicja od roku bombarduje pozycje kalifatu bez wielkich rezultatów; inaczej niż w Afganistanie w 2001 r. czy w Bośni w 1995 r. nie ma sprzymierzonych lokalnych sił zbrojnych, które mogłyby odbić terytoria kontrolowane przez PI po osłabieniu jego pozycji przez naloty.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej