Media stołeczne poświęciły ogromnie dużo uwagi przybyciu do Moskwy tej ośmiometrowej atrapy superbomby z ośrodka nuklearnego w zamkniętym, to znaczy niedostępnym bez specjalnej przepustki, mieście Sarow.

I znów usłyszeliśmy zdartą jak stara płyta, lecz z wielkoruską dumą powtarzaną opowieść o tym, jak to Nikita Chruszczow 66 lat temu przeraził odwiedzającego Moskwę wiceprezydenta Richarda Nixona. Gensek razem z gościem oglądał wystawę poświęconą gospodarce USA. Rozdrażniła go makieta domu jednorodzinnego w skali 1 do 1. Krzyczał, że to marnotrawstwo, bo taniej wychodzi, jeśli ludzie mieszkają w blokach. Wyprowadzony z równowagi gensek, widząc, że nie przekona Nixona do wyższości ustroju radzieckiego, pogroził: "My wam jeszcze pokażemy kuźkinu mać!".

Wedle starej legendy ograniczeni jankesi nie zrozumieli, o co chodzi, i tylko się domyślali, że chodzi o coś tajemniczego i wielce straszliwego. Kiedy więc 30 października 1961 r. nad Nową Ziemią wybuchła zrzucona z tu-95 termojądrowa "car-bomba" o mocy 58 megaton, świat miał przyjąć, że Chruszczow właśnie pokazał ową tajemniczą "mać".
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej