Ludziom wydaje się, że rzymskokatolicki Kościół jest jak armia: marszałka się słucha i cześć. Owszem, były okresy mnożenia potępień, mądrzy teologowie musieli czekać bardzo długo na rehabilitację, ale od pół wieku jest lepiej, mamy świętego Franciszka. Także nie rozpaczam nad Polską.

Owszem, coś bardzo złego dzieje się teraz z większością Episkopatu, marzy mu się sojusz ołtarza z tronem, jakby biskupi nie wiedzieli, że skutki takich związków nigdy nie były dla Kościoła dobre. Ale pamiętam świetnie, jak wielki prymas Wyszyński zakazał księżom pisywać w mojej katolickiej "Więzi", bo paru z nich bardzo delikatnie skrytykowało tam to i owo w Kościele. Niedługo ów zakaz minął, wszystko płynie, jak powiedział Heraklit.

Zresztą mamy dzisiaj kardynała Nycza, który o nabożeństwie w obronie prezydenta w kościele sióstr wizytek wiedział i nie zakazał bynajmniej, ataki za podpisanie ustawy o in vitro na nic się nie zdały. Komunię prezydent otrzymał, ja niegodny też. W ogóle niegodny, ale wciąż pełen chrześcijańskiej cnoty nadziei.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej