Wchodząc w rolę poirytowanego prymusa, próbował - w niezbyt dobrym stylu - grać na zmęczeniu Europy "polityczną katastrofą", czyli sporami o nową pomoc dla Aten. Dziwił się, że Grecy - choć demobilizują innych w sprawie reform - znów chcą pieniędzy, a przecież to Kijów musi walczyć i z Rosją, i z zapaścią gospodarczą.

Przy wszystkich różnicach Ukrainę i Grecję łączy to, że bez zagranicznej pomocy czekałoby je bankructwo. MFW w lutym obiecało Kijowowi pakiet pomocy wartej 40 mld dolarów w ciągu czterech lat, ale oprócz pożyczek z MFW składa się na niego m.in. około 15 mld z obecnego zadłużenia, które prywatni wierzyciele mieliby darować Ukrainie.
Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej