"Pogłębienie integracji" w strefie euro, by lepiej radziła sobie z kryzysami, jest od dawna dyżurnym tematem także w Berlinie. Na przykład o odrębnym parlamencie bądź wydzielonej izbie Parlamentu Europejskiego, gdzie debatowano by i decydowano o sprawach euro, rozprawia się w Niemczech od dobrych kilku lat.

Ale choć Berlin i Paryż, najważniejszy tandem UE, zgadzają się co do potrzeby integracji, to dość różnie ją sobie wyobrażają. Niemcy skupiają się na rygorystycznym egzekwowaniu dyscypliny budżetowej. Kanclerz Angela Merkel lubi mówić o "odpowiedzialności" oraz "szanowaniu zasad". Natomiast Hollande woli temat "solidarności", czyli np. pobudzania wzrostu gospodarczego. To oznaczałoby - formułowaną w "rządzie eurolandu" - wspólną politykę gospodarczą. Finansowaną po części wspólnym kosztem.

Dla Berlina budżet eurolandu to pomysł na pomoc dla krajów przeprowadzających szczególnie trudne reformy strukturalne. Dla Paryża to także źródło transferów bądź pożyczek dla krajów euro, by pomóc im wyjść z recesji. Francuzi regularnie odświeżają ideę euroobligacji, czyli wspólnego długu w eurolandzie.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej