Polskie uczelnie w ogromnej większości są słabe. O tym, że kształcą tanio, masowo i marnie - z nielicznymi wyjątkami - mówią już wszyscy: politycy, biznesmeni, profesorowie, a nawet sami absolwenci. Jednym z głośnych tego przykładów był sławny list prezesa PZU SA Andrzeja Klesyka z 2012 r. (drukowany w "Gazecie Wyborczej"), w którym napisał, że absolwentów naszych uczelni trzeba wszystkiego uczyć od nowa.

Co jednak sprawia, że polskim uczelniom nie opłaca się inwestować w jakość - bo ewidentnie się nie opłaca? Prof. Jan Cieśliński, fizyk z Uniwersytetu w Białymstoku, przyjrzał się z bliska mitycznemu algorytmowi - czyli matematycznemu mechanizmowi rozdzielania publicznych pieniędzy pomiędzy uczelnie (opisał to w czasopiśmie "Forum Akademickie", nr 4/2015).

Wokół algorytmu narosło wiele nieporozumień. Ministerstwo Nauki np. konsekwentnie twierdzi, że tylko 12 proc. dotacji zależy od liczby studentów. W praktyce jednak - jak udowadnia prof. Cieśliński - liczba studentów "wmontowana jest" w różne inne pozycje algorytmu i według jego obliczeń ponad połowa (55 proc.) dotacji zależy od liczby studentów.
Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej