Funkcjonariusze wpisywali to do swoich raportów, nie podając, skąd Falenta wie, kto z kim i o czym rozmawiał. Z ujawnionych notatek CBA wynika, że pracownicy służb nawet zachęcali go, by przynosił więcej rewelacji. Czy wiedzieli o podsłuchach? Tego w raportach nie ma, ale one nie oddają tego, co naprawdę dzieje się między oficerem a jego "źródłem". Nie wiadomo zatem, czy funkcjonariusze bez zastanowienia kupowali opowieści Falenty, czy może przymykali oko na nielegalne "pluskwy". Tym bardziej że sami nie mieliby prawa ich założyć.

Brudną robotę robiło za nich "źródło", a oni swobodnie korzystali z jego urobku, nie martwiąc się o zgody sądów, prokuratur i przełożonych.

To najgorszy, ale niestety, prawdopodobny scenariusz.

Falenta był tak cennym informatorem, że służby nie informowały się nawzajem o tym, iż z nimi współpracuje. Każda pilnie strzegła swojego "skarbu". A "skarb" liczył na to, że im bardziej rozszerzy "dialog" z trzyliterowymi służbami, tym bardziej będzie przez nie chroniony.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej