W taki oto sposób wielebny Kaczyński obwieścił światu z Jasnej Góry, że "nie ma w Polsce innej nauki moralnej niż ta, którą głosi Kościół" i "patrioci (nawet niewierzący) muszą to przyznać". Otóż nie muszą i nie przyznają. Jakaż skarlała byłaby to nauka! Jakaż mizerna etyka, gdyby dało się ją sprowadzić do tego, co głosi dziś Kościół i na co dają zgodę patrioci spod znaku Kaczyńskiego (bo prezes innych zapewne nie potrafi sobie wyobrazić).

Kościół w Polsce (na mszach, wiecach, lekcjach katechezy) zajmuje się zaledwie - ale za to obsesyjnie - kilkoma sprawami: homoseksualizmem, zapłodnieniem in vitro, gender, katastrofą smoleńską i konwencją antyprzemocową. Trudno zresztą powiedzieć, że się zajmuje: potępia raczej, organizując społeczne emocje, tak by nie przebijał się do nich żaden głos rozsądku, żadna pokusa debaty, żadne argumenty. Uboga to nauka, zwłaszcza że nie stoi za nią jakiś poważny autorytet. Jezus nie wypowiadał się o in vitro ani o homoseksualistach, nie wiedział nic o katastrofie smoleńskiej i zapewne byłby za konwencją antyprzemocową, bo przecież pojawił się wśród nas, by znieść przemoc, a nie gender.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej