Podsłuchowa destrukcja rządu, zwłaszcza w okresie wyborczym, jest na rękę Prawu i Sprawiedliwości, więc odpowiedź na pytanie: "Cui bono?" wydaje się oczywista. Nie ma innej siły, która tak skorzystała na podsłuchach. Ale rola PiS nie sprowadza się tylko do prostej korzyści z tej afery.

Najmniej chodzi o to, że na nagraniach brakuje jedynie polityków tej partii, a treść rozmów uderza głównie w koalicję. Rzeczywiście w restauracjach, gdzie urządzono podsłuchowisko, stołowali się niemal wyłącznie ludzie z tej strony sceny politycznej. Zaprzyjaźnieni z obsługą (która ich nagrywała) uważali te miejsca za idealne do poufnych rozmów. Srogo się zawiedli. Zapłacili (często nie ze swoich pieniędzy) nie tylko wysokie ceny za wymyślne posiłki. Kolejno ujawniane nagrania wciąż obciążają ich otwarty w tych knajpach rachunek polityczny.

Czy PiS miał coś wspólnego z procederem podsłuchiwania ministrów, biznesmenów i wysokich rangą urzędników państwowych? Dowodów nie ma, ale jest kilka interesujących poszlak.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej