Jechałem Pendolino, pierwszą klasą, z Warszawy do Wrocławia. Patrzyłem na Polskę za oknem, myśląc z aprobatą i wzruszeniem o ogromnym skoku cywilizacyjnym, jakiego dokonaliśmy wspólnym wysiłkiem i zbiorową mądrością w ostatnim ćwierćwieczu. To przecież zupełnie inny kraj!

Nasze dworce są jak perełki, od jakiegoś czasu mamy dobre drogi i koleje, domy, w których mieszkamy, wypiękniały, na wsi wszechobecne są teraz ogrody z kwiatami, wszędzie widać przycięte trawniki, wygląd naszych miast się zmienił, podobnie jak polskie aspiracje, zwyczaje, mody. Zdumiewa i cieszy prawie zupełny brak śmieci w naszych lasach, tak niegdyś powszechnych.

- Wielki Boże - myślałem, jak zawsze myślę, jadąc przez Mazowsze i Dolny Śląsk. - Polska to teraz inny kraj! Udało się nam, tym razem. O radości!

Z dumą pokazuję te przemiany moim zagranicznym studentom. Mam ich kilkoro, bowiem od jakiegoś czasu utalentowani chłopcy i dziewczęta z całego świata chętnie do Polski przyjeżdżają, aby tu uczyć się astrofizyki lub tu stawiać pierwsze kroki w zawodzie. Wiedzą od profesorów na Harvardzie, MIT, w Cambridge, Zurychu czy Pekinie oraz z lektury fachowych pism, w których polskie wyniki są często cytowane, iż nauka astrofizyki na polskim uniwersytecie będzie nie tylko intelektualną przygodą na najwyższym poziomie, ale także zawodowym kapitałem na całe życie. Teraz, dzisiaj, mamy w polskiej astrofizyce lub mieliśmy w niedalekiej przeszłości studentów i asystentów z Francji, Szwajcarii, USA, Niemiec, Austrii, Hiszpanii, Włoch, Chin, Czech, Indii (i zapewne innych jeszcze krajów). Jeśli chodzi o stan polskiej nauki, nigdy nie było tak dobrze, jak jest teraz.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej