Można oczywiście uważać, że za dużo jest tych etapów edukacji, bo młodzi stresują się zmianami. Na Ukrainie do jednej szkoły chodzą wszyscy: od sześciu do 18 lat i też jakoś to działa. Można uznać, że cały (prawie) cywilizowany świat, który ma system trójstopniowy, pobłądził. Można nawet wierzyć, że młody człowiek nie przepoczwarza się jak motyl, lecz rośnie jak ogórek, najpierw jest malutki, a potem wielki, ale generalnie wymaga takiej samej uprawy.

Można wierzyć w cuda. Pomysł, że likwidacja ponad sześciu tysięcy gimnazjów sprawi, że młodzież przestanie sprawiać problemy, przypomina projekt, by zlikwidować przymrozki, bo jest wtedy więcej wypadków. Po prostu ten wiek (13-16 lat) tak ma - na szczęście zresztą! - że młodzi się buntują, miewają głupie pomysły, eksperymentują z używkami i są okropnie niegrzeczni. Nie zmienimy tego, cofając ich do podstawówki, zmieni się tylko pole eksploatacji z rówieśników na młodszych. Trzeba będzie zainstalować więcej kamer i nasilić katechezę.
Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej