Teraz politycy prześcigają się w udowadnianiu, że tylko oni - politycy tej właśnie partii - potrafią wyjść do ludzi. Każda aktywność staje się okazją do wspomnienia, że jedzie się słuchać ludzi, bo to jest najważniejsze.

Dajcie już spokój. Jeźdźcie, spotykajcie się, ale przestańcie o tym bezustannie gadać. Ludzie w końcu będą mieli dość wykorzystywania ich do budowania wizerunku polityka - osoby zatroskanej losem bliźniego. Z tych wypraw kompletnie nic nie wynika, poza telewizyjnymi i internetowymi obrazkami: polityk w otoczeniu wyborców z poważną miną pochyla się nad ich losem.

Z wyborcami, owszem, trzeba się spotykać, trzeba ściskać tysiące rąk na trasie kampanijnych podróży. Tak, słuchać też trzeba. Hillary Clinton przemierza stan Iowa, uścisnęła już setki rąk, ale ani razu jej sztab nie robił z tego czegoś wyjątkowego. To przecież elementarz kampanii. Coś tak absolutnie oczywistego, że nie wymaga interpretacji.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej