Bo na pewno lepiej się zawczasu dowiedzieć, że człowieka do największego kraju (do małych także) na świecie nie wpuszczają, niż dopiero na granicy. Bo to i wydane pieniądze na podróż, i trzymają godzinami w jakiejś komórce, i rewizja, i nieprzyjemne rozmowy.

Wiem coś o tym, bo zdarzyła mi się przygoda absolutnie kuriozalna. O tym, że jestem w Rosji niechciany i mam się natychmiast wynosić, dowiedziałem się w 2008 r. w samej jak najbardziej centralnej siedzibie rządu FR, dokąd przyjechałem razem z premierem Donaldem Tuskiem i sporą delegacją polską przysłaną na rozmowy z przywódcami sąsiedniego kraju.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej