Pisałem niedawno, że polska polityka narkotykowa to "sprawiedliwość na haju". Wygląda na to, że politycy biorą coraz więcej. Zamiast łagodzić absurdalną wojnę z marihuaną, chcą zaostrzyć prawo. Zamiast śladem wielu krajów dopuścić leczenie konopiami, wciskają ludziom kit: "Niech decydują lekarze".

Definicja zamiast tabeli

Wszędzie na świecie prawo definiuje marihuanę, środek psychoaktywny, jako kwiatostan, bo tylko w nim są substancje psychoaktywne. Rząd wyskoczył jak filip z - nomen omen - konopi i postanowił, że u nas będzie inaczej.

Marihuaną nie będą już - jak do tej pory - "kwiatowe lub owocujące wierzchołki konopi", lecz "każda naziemna część rośliny". To trochę tak, jakby ważyć jabłka razem z pniami i gałęziami!

Rząd uzasadniał, że dotychczasowa definicja "rodziła wiele wątpliwości natury interpretacyjnej". Jasne, pytanie, gdzie zaczyna się kwiatostan, prowadziło do rozterek tysięcy funkcjonariuszy. Weźcie taki dylemat: czym właściwie zadławił się w marcu na śmierć nastolatek z Legionowa, który zatrzymany z działką gandzi połknął "ślady zbrodni"?
Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej