Wystarczyło parę dni, bym zaprzeczył samemu sobie. Napisałem po pierwszej turze, że nie wystarczy mnie postraszyć Andrzejem Dudą, bym poszedł głosować na Bronisława Komorowskiego. Zwłaszcza jeśli nie objawi jakiegoś programu dla polskiej inteligencji. Wydawało mi się, że Duda nie jest aż tak przerażający, jak go malują. Że jedynie - parafrazując Mickiewicza - śmieszy, tumani, przestrasza.

Ale w ostatnim tygodniu zdarzyła się okoliczność nowa, którą ukazały dwie telewizyjne debaty prezydenckie: dość uodporniony na straszenie mnie Dudą przez jego przeciwników okazałem się całkowicie bezbronny wobec straszenia mnie Dudą przez samego Dudę.
Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej