Andrzej Duda bywa przez oponentów oskarżany o ideologiczny radykalizm, np. że jest zdecydowanie przeciwny in vitro, skoro przed laty podpisał się pod projektem ustawy wedle której lekarze za in vitro byliby wsadzani do więzienia.

Nic bardziej mylnego. Problem z Dudą jest inny: on nie chce mieć własnego zdania. Chce mieć zdanie takie jak ma Kościół. A co jeśli przedstawiciele Kościoła zmieniają zdanie? Wtedy Duda jest w kłopocie.

Spójrzmy, jak to było z in vitro. "Jestem sceptycznie nastawiony - mówił na początku marca Duda, ale zapewniał wielkodusznie, że rozumie problemy par, które nie mogą mieć dzieci. - W tym zakresie moje stanowisko jest zgodne ze stanowiskiem Episkopatu: pod pewnymi warunkami może to być dopuszczalne, ale przede wszystkim musi tu być ochrona życia, bardzo daleko posunięta - uściślił.

Działo się to wówczas, gdy Kościół złagodził na moment swoje stanowisko: prezydium Episkopatu oświadczyło, że ustawa bioetyczna powinna ograniczyć procedurę in vitro do małżeństw, a nie par w nieformalnych związkach. O in vitro prezydium pisało dość krytycznie, ale bez ostrej dezaprobaty; raczej w duchu umiarkowanego poparcia dawnego projektu Jarosława Gowina.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej