Kandydat na prezydenta gotów jest poświęcić historyczną prawdę i wyrzec się swojego patrona Lecha Kaczyńskiego, by zyskać poparcie ze strony narodowców.

Pierwsze pytanie zwykle jest najważniejsze, to więc nie przypadek, że właśnie takie zostało zadane przez Dudę w debacie prezydenckiej w niedzielny wieczór.

Chodzi o list prezydenta Komorowskiego z 2011 roku odczytany przez Tadeusza Mazowieckiego w 60. rocznicę mordu w Jedwabnem. Znalazło się w nim zdanie: "Naród ofiar musiał uznać tę niełatwą prawdę, że bywał także sprawcą". Duda sugerował, że prezydent bierze udział w "kłamliwych oskarżeniach", że naród polski "odpowiada za Holocaust".

Skoro tak, to co Duda chciał tym pytaniem osiągnąć? Czy chciał przekonać do głosowania na siebie narodowców, tych od Mariana Kowalskiego i Grzegorza Brauna? Chyba też ma nadzieję, że taki sposób myślenia spodoba się tym wyborcom, którzy wolą Marsz Niepodległości od Muzeum Historii Żydów Polskich, którego budowę wspierał prezydent Lech Kaczyński.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej