Andrzej Duda, stojąc przed bramą zbankrutowanej Stoczni Szczecińskiej, obiecał, że odbuduje i unowocześni polski przemysł, tak jak przed II wojną światową uczynił wicepremier Eugeniusz Kwiatkowski. Jednocześnie zauważył - podpowiedział mu to zapewne któryś z miejscowych działaczy PiS - że na terenie dawnej stoczni działają dziesiątki prywatnych firm, które rozwijają się i dają zatrudnienie. Nie wyjaśnił jednak, co się z tymi firmami stanie, gdy rząd PiS zacznie odbudowywać dawną państwową stocznię.

To niejedyna sprzeczność w wypowiedziach kandydata na prezydenta, który obiecuje wszystko wszystkim, byle tylko zyskać kolejne głosy wyborców.

Warto przypomnieć historię Stoczni Szczecińskiej, która w ostatnich 15 latach upadała dwukrotnie. Po raz pierwszy w 2002 r., za rządów SLD. Należała wówczas do spółki Stocznia Szczecińska Porta Holding SA, w której większościowymi udziałowcami były podmioty prywatne. Co spowodowało upadłość stoczni i czy mogła przetrwać? Na te pytania eksperci udzielają różnych odpowiedzi.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej