Pierwsze pytanie zwykle jest najważniejsze, więc to nie przypadek, że właśnie takie zostało zadane przez Dudę w debacie prezydenckiej w niedzielny wieczór.

Chodzi o list prezydenta Komorowskiego z 2011 roku odczytany w 60. rocznicę mordu w Jedwabnem przez Tadeusza Mazowieckiego, w którym znalazło się zdanie: "Naród ofiar musiał uznać tę niełatwą prawdę, że bywał także sprawcą". Duda pytał, czy prezydent bierze udział w "kłamliwych oskarżeniach", że naród polski "odpowiada za Holocaust".

Skoro tak, to co Andrzej Duda chciał tym pytaniem osiągnąć? Czy chciał przekonać do głosowania na siebie narodowców, tych od Mariana Kowalskiego i Grzegorza Brauna. Chyba też ma nadzieję, że taki sposób myślenia spodoba się tym wyborcom, którzy wolą Marsz Niepodległości od Muzeum Historii Żydów Polskich, którego budowę wspierał prezydent Lech Kaczyński.

Najwyraźniej Duda chciał się pokazać jako obrońca polskości, zawsze niewinnej, nieskalanej, której dobre imię jest atakowane w świecie. Być może sam w ten sposób pragnął zneutralizować ataki antysemitów. Na forach domagają się od niego, by wytłumaczył się z przejmującego wiersza swojego teścia Juliana Kornhausera o pogromie kieleckim. Opisuje on, jak chłopi mordowali kamieniami, sztachetami, a polski Bóg drży, gdy dzielni chłopcy z orzełkiem na czapkach dobijają Żydówki.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej