Coraz powszechniejsze są narzekania na poziom prezydenckiej kampanii wyborczej. Pojawiają się liczne jeremiady na ten temat. Sytuacja, jaką zafundowała nam konstytucja, jest fatalna. Mamy system parlamentarny, a prezydenta z ograniczonymi uprawnieniami wybieramy w głosowaniu powszechnym. W większości krajów unijnych wyboru szefów państw dokonują parlamenty.

My natomiast jak zwykle staramy się być oryginalni. Stąd kłopot. Potwierdzają to zresztą bracia Czesi, którzy niebacznie pozazdrościli nam elekcji powszechnej. Dzisiaj zażywają więc słusznie rozkoszy, jakie im gotuje ich wybraniec. Ma on podobne uprawnienia do naszego numeru jeden i z racji niekonkretności przysługujących mu prerogatyw wnosi wiele zamieszania do funkcjonowania ich republiki.

Formalnie co pięć lat do prezydenckiego wyścigu staje w Polsce kilka lub kilkanaście osób. Natomiast w walce wyborczej już od lat liczy się tylko dwóch kandydatów, pozostali są jedynie miernym tłem. Co nie oznacza, że przy okazji w świetle jupiterów nie wolno im wygadywać wszystkiego, co im ślina na język przyniesie. Stąd bierze się festiwal przeróżnych dziwactw, co nijak się mają do poważnej praktyki politycznej.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej