Pod wrażeniem rosyjskiej agresji na wschodniej Ukrainie wszystkich ogarnia militarystyczna euforia "Polska się zbroi". Klasycznym przykładem nakręcania emocji (próbuje je studzić szef MON Tomasz Siemoniak) jest sprawa zakupu nowych okrętów podwodnych.

Śledziłem poświęcone jej obrady komisji sejmowych. Zaczęło się od prostej konstatacji - marynarka potrzebuje trzech małych okrętów podwodnych, które zastąpią rozlatujące się niemieckie kobbeny zwodowane w latach 70., które dostaliśmy z demobilu od Norwegów w 2002 roku. Te okręty nieodwołalnie kończą służbę w 2017 roku.

Nagle wybucha dyskusja, czy nowe okręty powinny mieć pociski samosterujące (taką opcję mają okręty zaoferowane przez Francję). Posłowie szybko uchwalili, że pociski są potrzebne. Niemcy odpowiedzieli, że ich okręt klasy 212 A też może wystrzeliwać takie pociski, np. amerykańskie tomahawki.
Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej