To, co o katastrofie smoleńskiej opowiada Jarosław Kaczyński, jest dla mnie poza oceną. Trauma, jaką przeżył, wiele wyjaśnia i usprawiedliwia. To nieeleganckie pastwić się nad jego słowami i czynami po 10 kwietnia 2010 r.

Nie dziwi mnie to, co senator Grzegorz Bierecki, twórca SKOK, i prezes Andrzej Sosnowski, szef Kasy Stefczyka, mówią o katastrofie ich tworów. Każdy się broni, jak może, jak potrafi - na obu ciążą potężne zarzuty.

Nie dziwi mnie nawet wiceprezes i poseł Mariusz Kamiński, który obficie oskarża sąd i sędziów, a o prowokacji w Ministerstwie Rolnictwa ma do powiedzenia same dobre słowa. Po nikim nie oczekuję, że sam wsadzi się do więzienia, choćby było to najbardziej słuszne w świecie.

Nie każdego warto mierzyć powszechnie stosowaną miarą. Wyjątki są oczywiste. Ich stosowanie nie ma nic wspólnego z lekceważeniem, pogardą, poczuciem wyższości ani z pobłażliwością, odpuszczaniem, taryfą ulgową. Podpowiada je zwykły realizm. Tak bywa. Nie ma co marnować energii - unosić się, nakręcać, emocjonować.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej