To nieprawda. Katastrofa prezydenckiego tupolewa 10 kwietnia 2010 r. należy do bardzo dobrze udokumentowanych katastrof. Zachowała się dokumentacja, czarne skrzynki - te z odsłuchami z kabiny, które są w Rosji, i te z zapisem działania mechanizmów samolotu, które są w Polsce. Wiemy, jakie decyzje wydano, jakich nie wydano. To nie jest ubiegłoroczny przypadek malezyjskiego Boeinga 777, który zaginął na Pacyfiku.

Niemal od początku wiadomo, że piloci, próbując wylądować w fatalnych warunkach atmosferycznych, znaleźli się za nisko, że ten lot nie powinien się odbyć, a przy podchodzeniu do lądowania złamano niemal wszystkie reguły bezpieczeństwa. Nie zmieniają tego różnice interpretacyjne zapisów z kokpitu.

Oś politycznego sporu wokół katastrofy smoleńskiej leży gdzie indziej. Chodzi o odpowiedzialność za to, co się stało. Dlaczego 96 osób straciło tam bezsensownie życie. Jeśli przyjmiemy wersję katastrofy, to jej praprzyczyną jest polityczna rywalizacja w rozpoczynającej się kampanii prezydenckiej, pycha, nadgorliwość i niekompetencja, która nakazywała podjęcie nieuzasadnionego ryzyka.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej