Kwoty wyborcze pomagają mężczyznom - głosi dr Jarosław Flis, prezentując swoje analizy na temat ostatnich wyborów samorządowych. Na jakiej podstawie tak twierdzi i jakich sformułowań używa? Po pierwsze, nastąpiło zwiększenie liczby przegranych kandydatek, z czego dr Flis wyciąga wniosek, że kwoty nie działają i należy z nich zrezygnować. To mniej więcej tak, jakby powiedzieć, że nie warto było w XX wieku wpuszczać kobiet na uniwersytety, bo to tylko zwiększyło liczbę studentek, które nie zostały profesorami. A wcześniej studentek nie było w ogóle, więc nie istniał problem niespełnionych ambicji. Na tym nie kończy się zgrabna manipulacja wnioskami z analizy danych. Czytamy, że kwoty przyczyniły się do "gwałtownego spadku sukcesów wyborczych kobiet". Niewątpliwie, gdy spośród 100 kandydatów dwie to kobiety i jedna z nich dostaje mandat, sukces jest na poziomie 50 proc., a kiedy kandydatek jest 20, a dostają się trzy, to sukces jest zdecydowanie mniejszy. Jakie jest rozwiązanie proponowane przez dr. Flisa? Najlepiej, żeby kandydowała jedna kobieta, ta jedna się dostawała i wtedy będziemy mieli sukces stuprocentowy! Tylko czy o to tak naprawdę chodzi?
Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej