Zeznania kelnerów dają obraz bogatego życia restauracyjnego polskich biznesmenów i polityków. Lekkomyślność zwłaszcza tych ostatnich sprawiła, że stali się łatwą zwierzyną łowną dla ludzi z trywialnej branży usługowej, którzy nie powinni mieć dostępu do poufnych rozmów ważnych osób.

Kelnerzy wykwintnych warszawskich restauracji opowiadają, że rzutki biznesmen Marek Falenta skusił ich perspektywą bogactwa, by mu służyli jako "agentura" przydatna do spekulacji giełdowych. Zapewne nielegalnych, bo opartych na informacjach zdobytych pokątnie, do których nie mieli dostępu szeregowi gracze giełdowi. Takie przestępstwo jest na rynkach papierów wartościowych notoryczne, ścigają je instytucje nadzorujące ten rynek; nazywa się to "insider trading". Przestępstw może tu być zresztą więcej, gdyż same podsłuchy były nielegalne.

"Cały czas [Falenta] mówił, że będzie z tego kasa. Powiedział mi, że teraz informacja jest w cenie i że skoro u mnie w restauracji spotykają się biznesmeni, to warto, żeby on miał te informacje, kto z kim robi jaki interes, jakie akcje kupić lub sprzedać" - zeznaje menedżer lokalu dla VIP-ów Sowa & Przyjaciele.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej