Pierwszy raz o Olimpiadzie Matematycznej Gimnazjalistów pisałam jesienią zeszłego roku, gdy konkurs stanął pod sporym znakiem zapytania. Skończyły się unijne pieniądze, a Ministerstwo Edukacji Narodowej jakoś nie paliło się, by wesprzeć kolejną edycję konkursu.

To wtedy zobaczyłam gimnazjalistów zsolidaryzowanych wokół idei znacznie większej i poważniejsze niż np. organizacja w Polsce koncertu zespołu One Direction (kiedyś hashtagiem na ten temat nastolatki zasypały Twittera). To właśnie nastoletni uczestnicy olimpiady, wykorzystując tę demokrację, którą znają najlepiej - czyli siłę mediów społecznościowych - zawalczyli o swój konkurs. Pisali do ministerstwa, pisali do jego szefowej, pisali do nas, dziennikarzy, by przekonać dorosłych, że matematyczny konkurs jest im potrzebny i rozwija ich pasję. Byli naprawdę skuteczni - udało się.

W sobotę w kilku miejscach w Polsce rozegrany został drugi etap matematycznej olimpiady, do którego dostało się ok. 1100 osób (w pierwszym wystartowała rekordowa liczba ponad 14 tys. gimnazjalistów) . Sale sportowe wypełniły się po brzegi naprawdę pięknymi umysłami i pasjonatami. A co uderzało jeszcze bardziej - nad przebiegiem tego prestiżowego konkursu czuwali wolontariusze, wśród których miażdżącą przewagę stanowili byli laureaci i finaliści tejże olimpiady. I kiedy patrzyłam na to, zrozumiałam, dlaczego ten konkurs jest tak ważny. Choćby dlatego, że dostarcza konkretnych kontrargumentów dla tych, którzy na hasło "gimnazjum" mówią o tej "strasznej, dzisiejszej młodzieży".
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej