Pochodzącą z Iranu Atai doceniono za materiały z wojny na Ukrainie. Dziennikarka nie bała się pracować na linii frontu, także pod ostrzałem. Dlaczego jednak wśród najważniejszych osób niemieckich mediów mówiła o dziennikarskim strachu? Przecież Niemcy to nie Meksyk, wydawałoby się, że na dziennikarza nikt nie odważy się tu podnieść ręki.

Atai nie histeryzuje. Jeden z niemieckich ekspertów od Rosji przez kilka miesięcy chodził z policyjną ochroną. Służby specjalne poważnie się obawiały, że za krytyczne publikacje o Putinie spotka go coś złego. Z kolei mój znajomy dziennikarz napisał tylko jeden tekst o tym, jak w Niemczech rozprzestrzenia się rosyjska propaganda. E-maile z pogróżkami dostawał przez dobre trzy tygodnie. Przychodziły po kilkanaście sztuk, mniej więcej o tej samej porze, napisane według jednego wzorca. Rosyjskie trolle chciały go nastraszyć. Wśród niemieckich dziennikarzy zajmujących się Rosją to norma.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej