Co gorsza, wygląda na to, że oprócz dramatycznych apeli nasze państwo na razie nie ma specjalnego pomysłu, jak temu przeciwdziałać.

Za czasów mojego dzieciństwa to ośrodki zdrowia i szkoły dbały o to, abyśmy w odpowiednim momencie się zaszczepili. Całe klasy były wspólnie prowadzone na zabieg. Niestety, nie ma już lekarzy i pielęgniarek szkolnych, a w służbie zdrowia panuje bałagan. Sami wybieramy przychodnię z kontraktem z NFZ, która ma - teoretycznie - odpowiadać za szczepienia.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej