Nie tak miało być, naprawdę - rozpacza przed kamerą mąż pani Ewy, która zmarła w zabrzańskim szpitalu po urodzeniu martwego płodu. Płodu? Ukształtowanego już dziecka, z którym - jak mówił im do ostatniej chwili lekarz opiekujący się ciążą - wszystko jest OK.

Mąż pomstuje na lekarzy, oskarża ich o śmierć swoich bliskich. Telewizja zerka do komputera, gdzie widać serię zdjęć zatytułowanych "Ewunia Zabrze". Przez chwilę - zanim uwagę odwrócą nam wiadomości sportowe - jesteśmy poruszeni. Boże, jakie nieszczęście, mówimy.

Myśl o kobiecie, która musi urodzić swoją zmarłą córkę, łamie podstawowy porządek, zgodnie z którym rodzenie to dawanie życia. Taki jest przecież sens tego bólu, cierpienia, wysiłku. Samo słowo "poród" niesie w sobie radość, życie, nadzieję, jak pokrewne "urodzaj", "dorodny", "przyroda". Ale rodzenie śmierci? Oburzający oksymoron!
Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej