Wprawdzie zdarza się, że zagraniczni przywódcy przemawiają w Kongresie - tak jak izraelski premier w najbliższy wtorek - ale są to okazje przyjacielskie i podniosłe. Oddając gościowi kongresową mównicę, Ameryka zwykle docenia zasługi jego rodaków albo świętuje pozytywne zmiany na świecie. Tak było, kiedy w Kongresie występowali Lech Wałęsa, Nelson Mandela i Václav Havel. Czasami Ameryka chce udzielić jakiemuś krajowi moralnego poparcia - dlatego w zeszłym roku był w Kongresie prezydent Ukrainy Petro Poroszenko. A czasami chodzi jedynie o podkreślenie specjalnej wagi sojuszu, który łączy Amerykę z krajem przybysza - dlatego do Kongresu zapraszano m.in. królową Elżbietę II i kanclerz Angelę Merkel.

Jednak dotąd nie zdarzyło się, żeby zagraniczny przywódca występował w Kongresie, by skrytykować amerykańską politykę zagraniczną. Nigdy dotąd nie zdarzyło się, żeby jakiś obcokrajowiec przemawiał tam na zaproszenie opozycyjnej partii oraz na przekór urzędującemu prezydentowi USA. A w takim właśnie charakterze wystąpi w Kongresie premier Netanjahu.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej