Bochniarz się upierała, że nasze podatki są jednak wysokie, ale słabo jej to szło. - Proszę wytłumaczyć pracownikowi, dlaczego dostaje tylko połowę pieniędzy, które przedsiębiorca na niego przeznacza - zachęcała tylko.

Z tą połową przesadziła. Ale nieznacznie. I właśnie temu powinien się przyjrzeć Grzegorz Sroczyński, zanim znów bezkrytycznie zacznie powtarzać, że podatki w Polsce są niskie. Bo nie jest z nimi tak dobrze, jak mu się wydaje. Co komu po jakichś zestawieniach Eurostatu, gdy będzie musiał sięgnąć do kieszeni, by wypłacić pensję pracownikowi.

Załóżmy, że mamy firmę i chcemy zatrudnić pracownika za 2 tys. zł brutto miesięcznie. To tylko trochę powyżej płacy minimalnej. Na rękę wypłacimy mu 1460 zł. Reszta, 540 zł, pójdzie na jego podatek dochodowy i składki na ubezpieczenia: emerytalne, rentowe, chorobowe i zdrowotne. To nie koniec. Bo pracodawca musi dodatkowo zapłacić przypadającą na niego część składek za pracownika. Na ubezpieczenia emerytalne i rentowe, a do tego także wypadkowe. I jeszcze składki na Fundusz Pracy i Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. W naszym przypadku prawie 415 zł. Na pensję, podatek i składki pójdzie więc łącznie niemal 2415 zł. Pracownik dostanie z tego, jako się rzekło, 1460 zł. Reszta, czyli 955 zł, to podatek i składki. Łatwo policzyć, że te narzuty na płacę to... 65 proc. tego, co pracownik dostanie na rękę.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej