Jest to albo nadzwyczajny zbieg okoliczności, albo zrządzenie losu. W ciągu ostatnich dwóch tygodni dni dwa niezwykle groźne kryzysy w Europie osiągnęły punkt krytyczny. Jeden z nich dotyczy Grecji, w której nierozwiązana katastrofa gospodarcza mogłaby doprowadzić do europejskiego, a nawet światowego krachu finansowego. Drugi dotyczy Ukrainy, gdzie rosyjska inwazja mogłaby doprowadzić do europejskiej czy nawet światowej wojny. Kryzysy te są zupełnie odmienne, ale pod jednym względem są podobne: przebieg każdego z nich zależy od decyzji i dyplomacji kanclerz Niemiec Angeli Merkel.

Jak do tego doszło? W przypadku Grecji nietrudno to zrozumieć. Gospodarcze kłopoty Grecji są częściowo skutkiem jej własnej błędnej decyzji podporządkowania swojej słabej gospodarki regułom strefy euro. Niemcy są w tej strefie największą, najbogatszą, najbardziej dynamiczną gospodarką. Ich podatnicy wspomagają instytucje europejskie, które pożyczają publiczne pieniądze Grecji, a ich banki są też wierzycielami znacznej części greckiego prywatnego zadłużenia. Kiedy Niemcy deklarują, że nie pozwolą Grecji na zmianę warunków pakietu ratunkowego, wszyscy słuchają. W piątek, jak się wydaje, Grecja była gotowa wyrazić na to zgodę mimo trwających wiele tygodni protestów.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej