Blokadami dróg i marszem gwiaździstym na Warszawę zamierzają zmusić rząd do spełnienia ich żądań. A rząd wiele im obiecuje. 10 z 12 zgłoszonych przez protestujących postulatów jest już zrealizowanych albo w trakcie realizacji, rozmowy o pozostałych zapowiada minister rolnictwa.

Mimo to rolnicy związkowcy co rusz stawiają ministrowi jakieś ultimatum - ma spełnić ich żądania w ciągu dwóch albo trzech dni, bo jak nie, to protest będzie się rozszerzał. I rzeczywiście się rozszerza, a rolnicy do swoich żądań dopisali właśnie kolejne: dymisję ministra rolnictwa.

Rolnicy mają oczywiście swoje problemy. I to permanentnie, bo zawsze jest jakaś klęska w rolnictwie: urodzaju albo nieurodzaju, czegoś jest za dużo, coś jest za tanie, eksport nam zablokowali albo import jest za duży.

Kiedyś na ich niezadowoleniu karierę zrobił Andrzej Lepper i jego Samoobrona. Dziś wyraźnie tamten sukces usiłuje powtórzyć jego uczeń Sławomir Izdebski i OPZZ rolników. Robi to, używając tej samej politycznej trampoliny - rolniczych blokad. Podgrzewa nastroje, odpowiednio żonglując liczbami ("rząd ma 110 mln dla Ukrainy, ale nie ma 7 mln dla polskich rolników"), idzie na rozmowy z ministrem, ale z góry zakłada, że nic nie dadzą, straszy zaostrzeniem protestów ("sam minister Sawicki nie wyjedzie z ministerstwa") i zrzuca odpowiedzialność na innych ("to premier Kopacz i minister Sawicki wyprowadzili rolników na ulice Warszawy").
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej