Andrzej Duda, kandydat na prezydenta Prawa i Sprawiedliwości, wystartował w kampanii jako kontynuator prezydentury Lecha Kaczyńskiego. W swoim przemówieniu nawiązał nawet do rozmowy z prezydenckim samolocie z 8 kwietnia, w którym Lech Kaczyński mówił, że przyszłość należy do jego pokolenia, co zabrzmiało niczym namaszczenie z zaświatów. Z tego też powodu PiS na konwencji odrobinę schowało lidera PiS Jarosława Kaczyńskiego, który - jako spadkobierca idei Lecha Kaczyńskiego - występował w wyborach prezydenckich 2010 roku i przegrał.

Dlatego wystąpienie kandydata zapowiadał nie Kaczyński, ale wiceprzewodnicząca partii Beata Szydło, która przy tej okazji wygłosiła najlepsze przemówienie w karierze.

Andrzej Duda stanął przed niełatwym zadaniem - przekonania wyborców, że jest kandydatem zdolnym do pokonania obecnego prezydenta Bronisława Komorowskiego. Swoim wystąpieniem miał także zaprzeczyć obiegowej opinii, że co prawda stał się bardziej rozpoznawalny, i wyborcy już rzadziej mylą go z szefem "Solidarności" Piotrem Dudą, ale jest kandydatem bezbarwnym i nudnym.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej