20 lat temu ówczesny prezydent Warszawy Marcin Święcicki (dziś poseł PO), nie mogąc się doczekać ustawy, zaczął zwracać odebrane w PRL nieruchomości. Mówił, że to akt sprawiedliwości dziejowej. Wydawało się oczywiste, że zabranie warszawiakom prywatnych gruntów - choć pragmatyczne z punktu widzenia odbudowy stolicy - sprawiedliwe nie było, więc krzywdy trzeba naprawić. Ruszyła lawina. Spadkobiercy tych, którym odebrano nieruchomości, i ci, którzy kupili prawa do nich, odzyskują majątki. A ponieważ nie ma ustawy reprywatyzacyjnej, walczą po swojemu - przez urzędy, kolegia samorządowe i sądy.

Dziś widzimy skutki puszczonej na żywioł reprywatyzacji.

1. Miasto oddaje kamienice z lokatorami traktowanymi jak wkładka mięsna. Radykalne podwyżki czynszów, a w skrajnych przypadkach działalność tzw. czyścicieli, zmuszają lokatorów do wyprowadzki.

2. Zwracane są miejsca, które przez lata były wspólne: skwery, szkoły, place zabaw. Sądy uznają, że w mieście wszystko oprócz cmentarza czy drogi może być prywatne (bo prywatna szkoła też może pełnić publiczną funkcję). Praktyka pokazuje, że ci, którzy odzyskują np. szkołę, wolą na jej miejscu biurowiec.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej