Gdyby Ewa Kopacz była - dajmy na to - Kaczyńskim, Millerem lub Gowinem, miałaby inne życie. Poważnie wyglądający mężczyzna nikogo nie drażni, nawet gdy jest szkodliwy, cyniczny, nieodpowiedzialny, głupi albo gdy brzydko się starzeje. W końcu jest mężczyzną, czyli Człowiekiem.

W socjologii nazywa się to "męską dywidendą". Męskość to czysty zysk i normalność. Kobieta jest "inna" i do tej "normalności" musi się dostosować, zasłużyć na nią. Gdy próbuje to zmienić, obrywa, tak jak Kopacz oberwała za przyznanie się do kobiecości i kobiecej hierarchii priorytetów w swoim pierwszym wystąpieniu.
Wyczerpałeś już limit bezpłatnych artykułów w tym miesiącu

Bądź na bieżąco - kup cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych
i wszystkich magazynów Wyborczej