Prof. Andrzej Rzepliński właśnie został odznaczony krzyżem Pro Ecclesia et Pontifice i z wielką dumą nagrodę przyjął. Dziś już wiemy, że prezes TK w swych wyrokach musi się kierować dobrem papieża i Kościoła, a niekoniecznie polskich obywateli i obywatelek, a zwłaszcza tych, którym papież jest obojętny.

W końcu nagroda zobowiązuje. A i nie spadła z nieba. Prof. Rzepliński nieźle się napracował, żeby ją otrzymać. Na przykład wtedy, gdy obwieścił światu, że wolność religijna jest "źrenicą konstytucji" i że w związku z tym można rżnąć zwierzęta żywcem, jeśli religia tego wymaga.

Koleżanka z tej samej instytucji Maria Gintowt-Jankowicz, godząc się z szefem, dorzuciła, że nasza konstytucja gwarantuje prawo do wykonywania czynności religijnych "niepopularnych w danym kraju". Możemy więc domniemywać, że w imię religii można palić na stosie heretyków, obrzezywać dziewczynki, legalizować poligamię etc. Bo nie da się ukryć, że to czynności uzasadniane religią i niepopularne w cywilizowanych krajach. Zapewne krzyż z Watykanu za ochronę "wolności religijnej" dla pani sędzi przyjdzie wkrótce. Czy w Trybunale jest w ogóle ktoś, kto przyjęcia takiego krzyża by odmówił?
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej