I tu mówił to, co pewnie chciałby powiedzieć i w Polsce, gdyby - czego u nas nie chciano - na ceremoniach w Oświęcimiu mieli przemawiać politycy, a nie byli więźniowie. Przypomniał, że "główny ciężar walki z nazizmem wziął na swe barki naród rosyjski".

"70 proc. czerwonoarmistów stanowili ludzie rosyjscy. I główne ofiary na ołtarzu zwycięstwa złożył naród rosyjski" - mówił prezydent. Dodał, że z Hitlerem walczyły i inne narody radzieckie, a także - o czym "w tym miejscu wspomnieć należy" - Żydzi, których na frontach zginęło 200 tys.

W ten sposób prezydent wszedł w polemikę z szefem polskiej dyplomacji Grzegorzem Schetyną, który niedawno przypomniał, że Auschwitz wyzwalali żołnierze 1. Frontu Ukraińskiego, a więc Ukraińcy. To, co powiedział nasz minister, wywołało w Rosji burzę i falę krytyki.

Znamienne, że nawet dzisiaj nie było stać Putina na wzniesienie się ponad nienawiść i szlachetny gest przyznania, iż wśród pogromców hitlerowskich nazistów byli również Ukraińcy. Prezydent mówił tylko o "banderowcach i innych kolaboracjonistach, pachołkach Hitlera", którzy "unicestwiali Żydów Lwowa, Odessy, Kijowa". Przypomniał też o tym, że dziś na Ukrainie "z zimną krwią od miesięcy rozstrzeliwują cywilów z Doniecka czy Ługańska".
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej